24 paź 2011

Chapter VI

Ślepa na jedno oko kelnerka Bożena nie mogła tego obrzydliwego dnia zaliczyć do wyjątkowo udanych. Jej wysłużona siekiera, którą na czternaste urodziny podarował jej znienawidzony starszy brat, chory na nerwicę histeryczną trzydziestoletni ornitolog Franciszek, ciągle pozostawała wbita w ścianę, na której widniał portret ich wspólnego nieżyjącego ojca Wiesława. Nowa strona z recenzjami smutnych książek, strój baletnicy w kolorze różowym, piła łańcuchowa i kosiarka do trawy z tępymi ostrzami nie były w stanie tego dnia odwrócić jej uwagi od listonosza Henryka, który flirtował sobie zuchwale jak co dzień z jej sąsiadką Izabelą. Nie mogła pojąć jak taka urocza i ponętna kobieta, którą była niewątpliwie Izabela, mogła zdradzać swojego kochającego męża z obłąkanym dziwakiem, siwiejącym upiorem i uzależnionym od książek podróżniczych zdziczałym draniem Henrykiem. W jej głowie krążyły straszne myśli, których nawet ona sama okrutnie się bała. Czy zakończyć wreszcie żywot Henryka? Czy wyciągnąć Izabelę z tego toksycznego związku? Czy wjechać w niego buldożerem albo maszyną do ściągania starego asfaltu…? A może po prostu namówić go do na wieczór z ambitnym kinem europejskim i poczekać aż sam wykończy się psychicznie i rzuci do Wisły z zamkniętego dla ruchu mostu śląsko-dąbrowskiego…? Były to pytania bez odpowiedzi, pytania które dręczyły ją każdego dnia nieprzerwanie i nieznośnie od kilku miesięcy, pytania które ryły w jej głowie dziury takie jak dziury rzeźbione przez obłąkanego dzięcioła walącego w drzewo od rana do wieczora… Były to wątpliwości, które zatruwały jej nieokiełznaną psychikę od momentu kiedy rozpustny hultaj Henryk sprowadził się do jej dzielnicy ze swoją łysiejącą żoną Gertrudą…
Tego dnia działo się z nią jednak coś jeszcze gorszego, coś podłego, coś straszliwego. Jej żyły pulsowały tak mocno jak serce starego dzika uciekającego przed pijanym myśliwym, jej dłonie drżały tak gwałtownie jak trzęsienie ziemi w okolicach elektrowni jądrowej, jej spojrzenie było tak szaleńczo opętane, że nie patrzyła w lustro bo bała się ataku szału czy bestialskiej furii… Mimo wszystko nie wytrzymała… Założyła strój baletnicy, wyciągnęła siekierę ze ściany, napiła się rumianku i wybiegła na ulicę… Przeraźliwy jęk spłoszył tego słonecznego dnia nieświadome niczego gołębie przesiadujące na azbestowym dachu… Czy z równowagi wyprowadziła ją ostatecznie nowa recenzja na stronie z recenzjami smutnych książek? Kto będzie od jutra roznosił listy? Czy gołębie jeszcze tu kiedyś wrócą?...