Kiść spleśniałych winogron, stary zakrwawiony nóż, gruba książka z wydartą okładką, peruka w kolorze blond, zniszczone zaproszenie na długo oczekiwany ślub, dziurawy nocnik, zwęglony kurczak, stłuczony kieliszek do białego wina, spalone żelazko, wycięta twarz na zdjęciach z wakacji, lalka Barbie z urwaną ręką, nigdy nie ułożona kostka Rubika, nigdy nie wykupiona recepta na dający szczęście lek… Śmietnik ludzkich żyć, w którym obudził się tego deszczowego poranka wzmagał w nim poczucie chaosu i wszechogarniającej niechęci do wszystkiego co do tej pory pchało go do przodu z dnia na dzień, co dawało mu siłę przeciwstawienia się wszystkim złym rzeczom. które tylko czyhały aby wkraść się w jego świat.. Niczym nie zmącone i niczym się nie wyróżniające, przeciętne, szare i nie pozostawiające po sobie żadnych kolorowych zdjęć pasmo pielęgnowania beznamiętnej codzienności… Krople deszczu zalewające widok na to lepsze, wymarzone jutro były jak zimny prysznic w rozpadającej się łazience gdzieś na przedmieściach tętniącego życiem miasta… Jak decyzje podjęte zbyt szybko pod wpływem nagromadzonych emocji i może trochę strachu przed tym co może wydarzyć się dalej… Przed tym co może przynieść tętniące kolorami jutro zalewające pustkę i z pozoru zaspokojone przemijanie...
>>>> Eva Cassidy - Say Goodbye (kliknij tu)
16 lis 2010
15 lis 2010
Chapter IV
Przeraźliwe odgłosy rozwydrzonych robotników rozkuwających wcześnie rano świeżo ułożony asfalt obudziły ją tak gwałtownie, że prawie spadła z łóżka na jego namiętne rozdarty podkoszulek. Ich sypialnia wyglądała tego dnia jak obrazy francuskich impresjonistów porąbane starą zardzewiałą siekierą używaną wcześniej przez bezlitosnego leworęcznego rzeźnika. Wszędzie dookoła leżały ich ubrania ściągane beztrosko w porywie chwili pod wpływem uczucia, które eksplodowało wczorajszej nocy jak niedokręcony gaz albo mina przeciwczołgowa. Ciągle czuła jego smak.. jego zapach, który zawsze budził w niej najskrytsze kobiece instynkty i działał jak feromon wycofany z rynku za narkotyczne i niewyjaśnione w skutkach działanie... Który powodował, że w środku płonęła jak magazyn tworzyw sztucznych po przypadkowym zaprószeniu ognia... Patrzyła na puste miejsce po lewej stronie łóżka przykryte wygniecioną szaleńczo pościelą pełną śladów swojej szminki i zastanawiała się czy to wydarzyło się naprawdę czy był to tylko sen, jeden z wielu, które miała po tym jak wyleciała przez kierownicę na rowerze hamując gwałtownie przednim hamulcem przed psem sąsiadki, wykastrowanym rottweilerem Alojzym, który wybiegł na ulicę trzymając w pysku wyrwanego dziecku pluszowego pingwina. Zastanawiała się ile będą jeszcze trwać te ponętne i rozkoszne chwile i czy może zatrzymać je na zawsze tylko dla siebie.. Czy może je głęboko schować, tak żeby nikt ich nie znalazł i nie zabrał, brutalnie nie ugasił ognia rozpalającego każdą jej komórkę, każdą żyłę, każdy narząd.. Czy może wsadzić je choćby do słoika po ogórkach kiszonych, kolejnej pustej butelki Martini albo pudełka po pile spalinowej, którą kupiła aby odstraszyć wścibskiego sąsiada składającego jej niestosowne propozycje. Jej wnętrze tego ranka buzowało jak serce strażaka uszczelniającego przeciekający wał przeciwpowodziowy... jak młot pneumatyczny rozkuwający świeżo ułożony asfalt.....
Zamknęła oczy tuląc do siebie jego poduszkę.
12 lis 2010
Chapter III
Kulejący weterynarz Eustachy leżał poturbowany w bramie nieopodal restauracji "Wyuzdany Kalafior", w której ona patrzyła na niego tak przenikliwie, że nie mógł już ukryć zażenowania. Jego nadwyrężone serce waliło tak mocno jak bęben, w którego uderza naraz dwadzieścia rozgrzanych do czerwoności rozochoconych bębniarek.. Jak woda tryskająca niespodziewanie pełną parą z rury ciepłowniczej na skrzyżowaniu w środku wypełnionego zimą miasta.. Jak szwadron rozjuszonych policjantów nacierający z pałkami i tarczami całą siłą w grupę protestujących pielęgniarek... Jej ciemne włosy opadały delikatnie na ramiona, jej śmiech powodował, że zapominał o wszystkich złych rzeczach, które mu się dziś przytrafiły.. Zapominał o tym, że został dotkliwie kopnięty w krocze przez niedorozwiniętego kuzyna Leopolda.. Zapomniał o tym, że szef potraktował go jak zgniecioną kartkę papieru wyrzucaną beznamiętnie do śmietnika albo resztki z nielegalnie działającej masarni, których trzeba się jakoś pozbyć.. W tej chwili myślał tylko o niej.. W jego głowie szalały dzikie, pełne żaru i pożądania myśli, których nie mógł opanować.. były jak wąż z wodą pod pełnym ciśnieniem, który wyrwał się strażakowi zmęczonemu kilkugodzinną walką z ogniem.. Jak żywioł, którego nie jest w stanie powstrzymać żadna znana ludzka siła. W myślach zdzierał z niej ubranie i kochał ją tak namiętnie jak tylko potrafił. Była cała jego i tylko jego. Był gotów porzucić wszystko i iść za nią gdziekolwiek by tylko chciała, choćby w bezkres bliżej nieokreślonego widnokręgu... Jego serce tego dnia nie wytrzymało....
Wyglądała ślicznie.
11 lis 2010
Chapter II
Miał dziewięć lat kiedy po raz pierwszy próbował otruć swoją matkę, piękną brunetkę, której śmiech krył w sobie tyle ciepła i miłości a jednocześnie przypominał mu jak bardzo jest fałszywa i straszna, obłudna i wypalona z uczuć. Przytłaczał go obraz widziany z perspektywy ślepego na jedno oko Eskimosa traktowanego przez rówieśników jak pojemnik na wnętrzności ze świeżo wypatroszonego halibuta.. Nie mógł zrozumieć dlaczego najbliższa mu osoba, która powinna być inna niż oni wszyscy, która powinna go przytulać i stawiać z nim pierwszy krok jest dla niego taka obca i odpychająca.. Dlaczego więzy łączące syna z matką są jak stara ściana, w którą wbija się rozwścieczony kierowca rdzewiejącego buldożera.. Nie mógł pojąć dlaczego matka nie ratowała go przed dziećmi, które dzień w dzień goniły go z dzidami, dlaczego nie pomogła mu gdy w wieku sześciu lat wpadł do głębokiego na piętnaście metrów szamba, dlaczego nie ratowała go gdy został potrącony przez szarżującego na rowerze osiemdziesięcioletniego listonosza Wacława... i dlaczego chciała oddać go Cyganom zupełnie za nic.. Wtedy był jeszcze za mały, żeby zrozumieć że nie pasuje do swojego środowiska.. Nie wiedział, że jest tylko zwykłym podrzutkiem, którego murzyńskie małżeństwo zostawiło w osadzie Eskimosów w zamian za skrzynkę wielorybiego mięsa.
Był już kwadrans po 22. Udawał, że nie słyszy jęków matki próbującej wypluć ukrytego w kolacji trującego muchomora...
Chapter I
Położyła się obok niego i przytuliła tak mocno, że prawie zaczął się dusić. Znowu byli blisko siebie, znowu mogli poczuć namiętność i niezmącone niczym uczucie trwające nieprzerwanie od jedenastu lat. Wiedziała, że z każdym dniem kocha go coraz bardziej.. Wiedziała, że rozstanie z nim będzie jak odrąbanie palca u nogi albo ogolenie się na łyso.. Jak wymiana bębna w popsutej pralce albo zdjęcie ze ściany zbitego lustra, w które uderzył głową po pijanemu na śliskiej podłodze... Darzyła go nieposkromionym i szczerym uczuciem.. Był dla niej jak klej, który wiąże ze sobą fragmenty stłuczonego wazonu.. Jak tasak, którym rzeźnik rozrywa na strzępy nową dostawę wieprzowiny... Był dla niej całym światem, iskierką nadającą sens całemu życiu... Strasznie się denerwowała gdy sąsiedzi wypowiadali w jego kierunku złe słowa... Wpadała w furię gdy ktoś mówił, że jest nieczułym i zimnym potworem, zamkniętym w sobie egoistą, lunatykiem ze skłonnościami biseksualnymi.. niepoczytalnym schizofrenikiem, który uciekł z seminarium...
Leżeli tak obok siebie i dawali wyraz swojej miłości... Dziś już jednak nie mieli więcej siły.. On wrócił z pracy na budowie.. Ona niedawno skończyła myć okna...
Subskrybuj:
Posty (Atom)