11 lis 2010

Chapter II


Miał dziewięć lat kiedy po raz pierwszy próbował otruć swoją matkę, piękną brunetkę, której śmiech krył w sobie tyle ciepła i miłości a jednocześnie przypominał mu jak bardzo jest fałszywa i straszna, obłudna i wypalona z uczuć.  Przytłaczał go obraz widziany z perspektywy ślepego na jedno oko Eskimosa traktowanego przez rówieśników jak pojemnik na wnętrzności ze świeżo wypatroszonego halibuta.. Nie mógł zrozumieć dlaczego najbliższa mu osoba, która powinna być inna niż oni wszyscy,  która powinna go przytulać i stawiać z nim pierwszy krok jest dla niego taka obca i odpychająca..  Dlaczego więzy łączące syna z matką są jak stara ściana, w którą wbija się rozwścieczony kierowca rdzewiejącego buldożera..  Nie mógł pojąć dlaczego matka nie ratowała go przed dziećmi, które dzień w dzień goniły go z dzidami, dlaczego nie pomogła mu gdy w wieku sześciu lat wpadł do głębokiego na piętnaście metrów szamba, dlaczego nie ratowała go gdy został potrącony przez szarżującego na rowerze osiemdziesięcioletniego listonosza Wacława... i dlaczego chciała oddać go Cyganom zupełnie za nic.. Wtedy był jeszcze za mały, żeby zrozumieć że nie pasuje do swojego środowiska.. Nie wiedział, że jest tylko zwykłym podrzutkiem, którego murzyńskie małżeństwo zostawiło w osadzie Eskimosów w zamian za skrzynkę wielorybiego mięsa.
Był już kwadrans po 22. Udawał, że nie słyszy jęków matki próbującej wypluć ukrytego w kolacji  trującego muchomora...

1 komentarz: